Na wirtualnej półce książki są częściej używane

http://dev.thefineprintuf.org/media/2011/02/open-access_Fine-Print.jpg
Napisałem i wydałem ponad sto książek, ale nigdy jako autorowi nie zależało mi na tym, żeby na wydanej książce zarabiać. W zdecydowanej większości przypadków honorarium autorskie otrzymywałem w symbolicznej wysokości (albo wcale), chociaż przyznaję, że jedna z moich książek, która miała w Polsce trzy wydania i w dodatku była tłumaczona na obce języki i wydawana w krajach ościennych - przyniosła mi godziwy zarobek. Jednak był to wyraźnie wyjątek potwierdzający regułę, więc parafrazując znany żart można powiedzieć, że z pisaniem książek jest jak z seksem: czasem w efekcie coś się urodzi, ale nie dlatego się to robi :-)

Na poważnie można jednak stwierdzić, co następuje: Tym, na czym autorowi książki najbardziej zależy - jest uznanie czytelników. My wszyscy parający się piórem chcemy, żeby pisane przez nas książki były czytane, żeby docierały do licznych odbiorców, żeby uczyły, bawiły, inspirowały, prowokowały ...



Do niedawna cel ten można było osiągnąć tylko w jeden sposób: zabiegając o umieszczenie swoich książek w bibliotekach. Na to, że czytelnicy będę je masowo kupowali w księgarniach, jako twórca książek naukowych nigdy liczyć nie mogłem...

Potem jednak pojawił się Internet jako medium zapewniające swobodny dostęp wszystkich do wszystkiego. Mogę z dumą pokreślić, że na mojej uczelni (AGH) właśnie ja zainicjowałem (w 2000 roku) akcję skanowania książek i udostępniania ich za pomocą sieci wszystkim zainteresowanym.
Zapewniłem też odpowiedni sprzęt dla Biblioteki Głównej AGH (do skanowania, gromadzenia i dystrybucji książek) a także dostarczyłem pierwsze podręczniki akademickie (moje), które w tej właśnie formie były dystrybuowane.
Potem aktywnie wspomagałem (w 2002 roku) powstanie Polskiej Biblioteki Internetowej.
W tej bibliotece jako pierwsze także zostały udostępnione moje książki. Jednak w tamtych czasach nikt nie monitorował tego, czy udostępnione w internecie zasoby są wykorzystywane i jak często. Każdy mógł wejść, korzystać, a autor tylko po cytowaniach jego książki mógł się domyślać, jak wielu użytkowników z niej skorzystało. Ale z cytowaniami w naukach technicznych bywa marnie. Nieraz zdarzało mi się, że recenzując artykuł, referat czy nawet doktorat lub monografię habilitacyjną innego autora odnajdywałem w nich ewidentne zapożyczenia z moich prac (łącznie ze skopiowanymi rysunkami!), ale w wykazie literatury moich książek nie było...

Na szczęście ostatnio za dystrybucję książek w internecie wziął się Uniwersytet Warszawski w ramach akcji "Otwórz książkę". Pisałem o tym we wpisie z czerwca 2014 roku. Na tej nowej "wirtualnej półce z książkami" znalazło się kilka mojego autorstwa, ale tym razem każdorazowy akt pobrania książki (tzn. pełnego skopiowania jej treści przez zainteresowanego Czytelnika) jest rejestrowany. Spojrzałem na te liczby i jestem pod wrażeniem!
Takiej liczby wypożyczeń nie doczekałbym się nigdy w żadnej bibliotece, nie mówiąc o sprzedaży książek. A tymczasem każda osoba pobierająca książkę z wirtualnej biblioteki uzyskuje ją na własność. Może trzymać plik na swoim komputerze i korzystać z niego wielokrotnie, może wydrukować i czytać z kopii papierowej. Może podzielić się ze swymi współpracownikami lub studentami... Może prawie wszystko. To "prawie" dotyczy oczywistego zakazu kopiowania fragmentów cudzej książki do swoich opracowań bez podania źródła, bo chociaż technicznie jest to wykonalne, to jednak jest traktowane jako plagiat i radykalnie tępione.

Ale z podanej statystyki widać wyraźnie, że wystawienie książek na takiej "wirtualnej półce" naprawdę sprzyja ich szerokiemu wykorzystaniu! Dlatego byłem, jestem i będę za taką ich dystrybucją, wyrzekając się (bez żalu!) hipotetycznych honorariów autorskich.
Trwa ładowanie komentarzy...