Czy test Turinga mierzy inteligencję komputera?

Kilka dni temu w mediach dość szeroko nagłośniono fakt, ze program komputerowy występujący pod nazwą "Eugene Goostman" zdołał (jako pierwszy na świecie!) zaliczyć tak zwany "test Turinga". Ponieważ ja jestem znany z tego, że zajmuję się tak zwaną sztuczną inteligencją, a ponadto czasem udaje mi się opowiedzieć o właściwościach i możliwościach współczesnej techniki w sposób bardzo popularny, więc przyjechała do mnie ekipa telewizyjna, żebym wytłumaczył, o co w tym wszystkim właściwie chodzi? Przygotowałem staranne i bardzo popularnie ujęte wyjaśnienie, sporządziłem rysunki ... Nagrali półgodzinną wypowiedź, dopracowali różne szczegóły, niektóre ujęcia powtarzali kilka razy z powodu jakiejś błahostki, słowem przygotowany został materiał pierwsza klasa. W wieczornych wiadomościach TVP1 wyemitowali z tego wszystkiego przypadkowo wyrwane z kontekstu 30 sekund. Postanowiłem, że muszę ten przygotowany i przemyślany materiał gdzieś jednak pokazać, żeby się całkiem nie zmarnował. I tak powstał ten wpis na blogu...

Dlaczego wynik programu Eugene Goostman tak bardzo ludzi zainteresował?



Żeby odpowiedzieć na to pytanie trzeba się cofnąć o przynajmniej pół wieku wstecz. Informatyka stawiała wtedy pierwsze kroki, komputery były ogromne, zajmowały w całości ogromne, specjalnie klimatyzowane sale z podwójną podłogą, pracowały (oceniając to z dzisiejszej perspektywy) bardzo wolno i co gorsza często się psuły. Jednak fascynacja pierwszych użytkowników tych maszyn ich właściwościami i ich możliwościami była ogromna. Wiem o tym, bo byłem jednym z nich ... Mało kto pamięta, ale te pierwsze komputery, bardzo prymitywne w stosunku do tych dzisiaj używanych, nazywane były dumnie "mózgami elektronowymi". Czy dzisiaj ktoś byłby skłonny tak nazwać swego laptopa? :-)

W tym pionierskim okresie rozwoju komputerów dosyć szybko zauważono, że te maszyny potrafią nie tylko szybko liczyć i zapamiętywać duże ilości informacji, ale mogą także - po odpowiednim zaprogramowaniu - przeprowadzać automatycznie procesy analogiczne do ludzkiego rozumowania. Powstały pierwsze programy grające w różne gry wymagające strategicznego myślenia (głównie szachy i warcaby), zbudowano programy automatycznie dowodzące twierdzenia matematyczne, nauczono komputery rozpoznawania obrazów i dźwięków...

Na bazie tych sukcesów odważni badacze sformułowali tezę, że oto mamy do czynienia z nowym bytem: sztuczną inteligencją.

Termin ten został po raz pierwszy sformułowany w 1956 roku podczas konferencji w Dartmouth College - i od razu wywołał on silne kontrowersje. Zwolennicy tej nowej dziedziny prorokowali, ze pewnym czasie komputery wyposażone w programy należące do owej sztucznej inteligencji osiągną poziom inteligencji człowieka - a potem poziom ten przekroczą i staną się najinteligentniejszymi obiektami (istotami?) na Ziemi. Przeciwnicy z oburzeniem ripostowali, że inteligencja jest cechą umysłu człowieka i nigdy żadna maszyna inteligentna być nie może, bo to jest z zasady niemożliwe. Spór się bardzo zaogniał, po obu stronach na szalę rzucano różne autorytety, emocje zaczynały przeważać nad argumentami...

Tu pozwolę sobie na drobną osobistą dygresję. Dla mnie te wszystkie spory o istnienie lub nieistnienie sztucznej inteligencji są jałowe i sztuczne. Na moich wykładach dotyczących tej problematyki zwykle pokazuję taki slajd (on jest bardzo fajnie animowany, ale tego nie potrafię pokazać na tym blogu):
Potem opowiadam, jak współczesne systemy informatyczne potrafią odbierać i inteligentnie wykorzystywać różne sygnały sensoryczne (czyli mają WEJŚCIA), jak potrafią zapamiętywać informacje, automatycznie rozumować (zgodnie z zasadami logiki) oraz uczyć się na różne sposoby (czyli mają PROCESY WEWNĘTRZNE), a także sterując różnymi urządzeniami (na przykład robotami) mogą demonstrować różne zachowania (czyli posiadają WYJŚCIA).
Ale to, czy systemy komputerowe naprawdę są inteligentne, czy też tylko bardzo skutecznie tę inteligencję symulują - dla mnie jako inżyniera nie ma znaczenia. Ważne jest, żeby systemy te skutecznie zaspokajały potrzeby użytkowników. Dlatego gdy w 2002 roku Politechnika Częstochowska nadawała mi godność doktora honoris causa jako temat mojego "wykładu mistrzowskiego", będącego obligatoryjnym składnikiem takiej uroczystości wybrałem hasło: "Sztuczna inteligencja, czyli coś, co może nie istnieje, a jednak może się przydać". Wcześniej (1991) w książce na temat jednego z działów sztucznej inteligencji, tak zwanego rozpoznawania obrazów, przedstawiłem taki pogląd (podaję tu oryginalny tekst za udostępnioną w internecie wersją tej książki):
Jak widać sprawa prosta nie jest. Ja podczas mojej 40-letniej pracy z algorytmami sztucznej inteligencji mogłem się zawsze wykręcać od wiążącej odpowiedzi, bo w pracy inżynierskiej ważne są efekty, a nie ideologia. Dodatkowo zawsze twierdziłem, że "lepsza sztuczna inteligencja niż naturalna głupota" - i to kończyło dyskusję. Ale filozofowie tak łatwo nie odpuszczają. Oni przez całe lata gorliwie spierali się o to, czy maszyna może być naprawdę inteligentna? - czy wprost przeciwnie. I wtedy pojawiła się propozycja, której autorem był jeden z twórców podstaw współczesnej informatyki, angielski matematyk Alan Turing. Istota jego pomysłu przedstawiona jest na poniższym rysunku.
Oto postulowany przez Turinga przebieg sławnego testu: bystry, podejrzliwy i wymagający człowiek nazywany arbitrem (na rysunku po obu stronach pokazany na pierwszym planie w szarym kolorze, jako że jest to "szara eminencja" tego testu :-) ) komunikuje się przez łącze tekstowe z różnymi rozmówcami. Czasem są to wyłącznie ludzie (po lewej stronie rysunku), ale czasem stawiamy go w takiej sytuacji, że wśród grupy rozmówców, z którymi toczy się dialog, jest ukryty komputer zaprogramowany tak, żeby - korzystając z metod sztucznej inteligencji - udawał inteligentnego rozmówcę-człowieka.

Jeśli po przeprowadzeniu rozmowy arbiter orzeknie, że rozmawiał z normalnym inteligentnym człowiekiem, a w rzeczywistości "rozmówcą" był komputer - to (zdaniem Turinga) brak będzie podstaw do odmawiania komputerowi inteligencji. No bo skoro zachowuje się tak, że ludzie nie są w stanie odróżnić jego zachowania od inteligentnego zachowania człowieka - to trzeba przyznać, że inteligentny po prostu jest.

Oczywiście powyższy opis jest bardzo zgrubny. Przy praktycznej realizacji testu Turinga występuje rzecz jasna nie pojedynczy arbiter, tylko grupa ludzi. Na przykład w 2011 roku "testowy" dialog z komputerem na festiwalu informatycznym w indyjskim Guwahati obserwowały 1334 osoby, spośród których 59,3% uznało program komputerowy (był to Cleverbot stworzony przez Rollo Carpentera) za inteligentnego człowieka. Jednak tamten wynik nie uznano za rozstrzygający i dopiero "Eugene Goostman" wygrywając test w warunkach starannie kontrolowanego eksperymentu przygotowanego w 60. rocznicę śmierci Alana Turinga przez naukowców Uniwersytetu w Reading został obwołany oficjalnym zwycięzcą testu Turinga.

Czego dowodzi ten wynik?

Czy rzeczywiście - jak sądził Turing - udowodniono, że maszyna może myśleć?

Popatrzmy na rysunek (przepraszam za angielski opis, ale zaraz wszystko skomentuję):
Lewe kółko symbolizuje różne zachowania ludzi, a prawe kółko - różne inteligentne zachowania. Kółka te przecinają się - i właśnie ten obszar (inteligentnych zachowań charakterystycznych dla ludzi) weryfikuje test Turinga. Warto jednak zwrócić uwagę, że jest ogromny obszar położony na lewo - zachowań ludzi, które inteligentne nie są, ale są typowo ludzkie. Gdybyśmy chcieli kiedyś nasze roboty upodobnić do ludzi - to tym obszarem trzeba by się było także zająć. No i jest obszar położony na prawo - inteligentnych zachowań, których jednak ludzie nie wykazują. Być może właśnie ten obszar będzie obszarem ekspansji sztucznej inteligencji? Bo przecież inteligencji nigdy za wiele!

Wprawdzie lepsza własna, niż sztuczna, ale lepsza sztuczna, niż żadna... :-)
Trwa ładowanie komentarzy...